września 24

Projektant Giorgio Armani oraz Samsung Electronics prezentują najnowszy telefon komórkowy Emporio Armani Samsung o nazwie NIGHT EFFECT.

NIGHT EFFECT wyróżnia się sylwetką i niewielkimi wymiarami, lecz jego prawdziwym znakiem rozpoznawczym jest dioda LED umieszczona z boku obudowy, która mieni się na czerwono, zielono lub niebiesko za każdym razem, gdy użytkownik odbiera lub wykonuje połączenie. Źródłem inspiracji do umieszczenia na obudowie telefonu diody LED były podróże Giorgio Armaniego do Tokio, gdzie ostatnio otworzył swój autorski butik, zajmujący 10-piętrowy budynek, Armani/Ginza Tower. Oświetlają go na zewnątrz oświetlają dekoracyjne lampy w kształcie liści bambusa.

Na elegancje telefonu NIGHT EFFECT złożyła się jego smukła sylwetka, miękka klawiatura o paskowanej powierzchni oraz wyświetlacz ze szkła odpornego na zarysowania. Ukryty głośnik zewnętrzny, umieszczony z tyłu obudowy, ozdobiony jest wydatnym, metalowym logo marki Emporio Armani.

Całość dopełniają dodatki takie jak smycz z logo marki Emporio Armani, stylowa słuchawka ułatwiająca prowadzenie rozmów podczas jazdy, a także materiałowe etui w kształcie płyty kompaktowej projektu Giorgio Armaniego.

NIGHT EFFECT zapewnia możliwość słuchania muzyki, robienia zdjęć i kręcenia filmów wbudowanym aparatem fotograficznym o rozdzielczości 3 megapikseli, jak i wyposażeniem takim jak standardowe gniazdo słuchawkowe 3,5 mm, czytnik kart microSD oraz 120 MB pamięci wewnętrznej.

Telefon NIGHT EFFECT - w białym i czarnej wersji kolorystycznej - dostępny będzie od listopada w głównych europejskich krajach. Spodziewana cena: ok.300 euro.

Parametry

Standard: GPRS/ HSDPA (3,6Mb/s), 850/900/1800/1900

Aparat o rozdzielczości 3 megapikseli + Autofocus

Wyświetlacz: AMOLED 2.2″ 262K color QVGA LCD (240×320)

Multimedia: H.263, H.264, MPEG4, WMV, MP3, AAC, AAC+, e-AAC+, WMA)

Funkcje i wyposażenie: Bluetooth v.2.0 (A2DP, AVRCP) / USB 2.0 FS, klawisze muzyczne + minijack 3,5mm, 3 diody dookoła obudowy, Złącze micro USB,120MB + karta microSD

Wymiary: 114.9 x 47.4 x 11.95 mm

Akumulator: 960 mAh

września 24

Zbyt mały metraż to problem wielu, zwłaszcza młodych, rodzin. Wystarczy jednak kilka prostych sztuczek, aby w niewielkim mieszkaniu wyczarować znacznie więcej miejsca do wypoczynku, zabawy czy pracy

Urządzanie niewielkiego lokum to nie lada wyzwanie dla jego właścicieli. W takim wnętrzu trzeba bowiem nie tylko maksymalnie wykorzystać każdy kąt i stworzyć wrażenie przestronności, ale również pogodzić interesy wszystkich jego domowników, z których każdy potrzebuje przynajmniej minimum prywatności.

Otwarte, a nie podzielone

Zwykle, aby czuć się dobrze we własnych czterech kątach, potrzebujemy przynajmniej odrobinę przestrzeni. Dlatego też w niedużych mieszkaniach warto zadbać o to, aby nie przytłaczały nas zbyt małe pomieszczenia. - W takiej sytuacji najlepiej zlikwidować zbędne podziały - mówi Justyna Arendarczyk, projektantka wnętrz. - Usunięcie ściany oddzielającej niewielki przedpokój lub zamkniętą kuchnię, otwiera przestrzeń i sprawia, że wydaje się ona optycznie większa. Warto jednak wówczas pamiętać, że nawet otwarte pomieszczenia muszą zachować swój podział funkcjonalny. Można to osiągnąć poprzez wyznaczenie stref o różnorodnym przeznaczeniu np. poprzez odmienne meble, kolorystykę czy choćby inne ułożenie posadzki.

Przesuń zamiast otwierać

Zdarza się jednak, że ściana, którą chcemy wyburzyć, pełni funkcję nośną w budynku i po prostu jest to niewykonalne. Bywa i tak, że domownicy nie są zwolennikami np. kuchni połączonej z pokojem dziennym. Wówczas doskonałym rozwiązaniem jest zamontowanie drzwi przesuwnych. - Nie zajmują one tyle miejsca, co klasyczne drzwi, a przestrzeń za nimi można dowolnie wykorzystać - mówi Marek Kapica odpowiedzialny za markę INVADO. - Możemy pozostawić je otwarte i mieć wówczas widok na całe mieszkanie lub zamknąć, uzyskując osobne, przytulne pomieszczenie. Mamy tu do wyboru zarówno drzwi ukryte w ścianie, jak i przesuwane na szynie, schowane za maskującym karniszem. Wszystko zależy od gustu i preferencji domowników. Bogaty wybór modeli i kolorów, pozwala na dostosowanie ich do każdego wnętrza, bez względu na to, czy jest ono urządzone w nowoczesnym, czy też tradycyjnym stylu.

Przydatne nisze

Dobrym sposobem na zastąpienie ściany działowej jest również wykonanie na wymiar szafek i półek. Nie tylko oddzielą one od siebie poszczególne pomieszczenia, ale również mogą być wykorzystane do wyeksponowania lub przechowywania wielu domowych przedmiotów. Przydatnym elementem niewielkiego mieszkania są także różnorodne nisze w ścianach, w które można wstawić meble. Nie trzeba wówczas szukać odpowiedniego miejsca na szafę. Wkomponowana w ścianę z pewnością nie zagraci pomieszczenia, za to zmieści w sobie wiele potrzebnych rzeczy.

Więcej światła

Bywa jednak i tak, że wyburzenie ścian nie wchodzi w grę, bo te, których najlepiej się pozbyć, są nośne. Z kolei zamontowanie drzwi przesuwanych nie jest dobrym pomysłem, bo albo nie da się ich wmontować w ścianę, albo też pozostawienie wolnego miejsca do ich przesuwania nie byłoby w danym wypadku zbyt praktyczne. Wówczas warto pomyśleć o tym, aby dobrać odpowiednie drzwi oddzielające poszczególne pomieszczenia. - Z pewnością nie mogą one przytłaczać wnętrza - twierdzi projektantka Justyna Arendarczyk. - Dlatego najlepiej, żeby były jasne np. w kolorze bielonego dębu, klonu lub czereśni. Istotne jest również to, aby miały jak największe przeszklenia, przepuszczające światło. Wówczas wydają się lekkie i dodają otoczeniu uroku. Do modeli, którymi warto się zainteresować w przypadku małych mieszkań z pewnością należy D’artagnan marki INVADO (ale inni producenci również mają ciekawą ofertę). Skrzydło drzwiowe w tym modelu jest tu zbudowane w ogromnej części ze szkła hartowanego przeźroczystego lub satynowego zdobionego ciekawymi wzorami, które rozciąga się na całej ich długości. Również modele Aramis i Asturia dodadzą uroku niewielkim pomieszczeniom. Tu z kolei przeszklenia występują w formie wielkich szklanych prostokątów. - Warto również wykorzystać wspaniałe właściwości lustra - twierdzi Justyna Arendarczyk. - Pozwalają one bowiem na modyfikację wielkości wnętrza. Stwarzają złudzenie, że jest ono znacznie większe niż w rzeczywistości. Jednak trzeba tu uważnie wybierać miejsce, które ma się w nim odbijać. Jeśli jest to mało estetyczny kąt lub część pokoju, gdzie często pojawia się nieporządek - lepiej zrezygnować z tego pomysłu.

Przede wszystkim prostota

Przy urządzaniu małego domostwa najważniejszą zasadą powinna być prostota. Natomiast zbyt duża ilość elementów dekoracyjnych, mieszanie stylów i materiałów może wywołać jedynie poczucie natłoku. - Dlatego najlepiej zdecydować się na jeden określony styl i być konsekwentnym w doborze mebli, tkanin i dodatków - zaznacza J. Arendarczyk. - Żeby uniknąć wrażenia chaosu, warto zadbać o to, aby wnętrze było w miarę jednolite. Istotny jest tu także dobór odpowiednich mebli. W małych pomieszczeniach lepiej unikać tych wolno stojących. Meblościanki warto zastąpić półkami lub zbudować regał z płyt gipsowo-kartonowych, które można pomalować na kolor ścian. To dodatkowo optycznie powiększy pomieszczenie. Dobrze jest też wybrać takie meble, które w razie potrzeby można złożyć. Na pewno lepszym rozwiązaniem od klasycznego łóżka będzie rozkładana sofa, a zamiast wielkiego stołu czy biurka, składany stolik, wykorzystywany zarówno podczas posiłków, jak i pracy w domu.

września 24

Organizujemy wyjazd, ba, wyprawę. Wszystko zaplanowane, pomyśleliśmy o każdym szczególe. Ostatnie dwa miesiące spędziliśmy nad przewodnikami, a od pół roku nie myślimy o niczym innym, jak o kolejnej przygodzie życia. Wreszcie jesteśmy na miejscu. I okazuje się, że nie pomyśleliśmy tylko o jednej rzeczy….

Co może zepsuć świetnie przygotowany wyjazd w najciekawsze rejony świata? Pogoda? Dobry humor, kurtka i żadna ulewa nie straszna. Choroba? Końska dawka leków i po wszystkim. Zepsuty samochód? Zawsze znajdzie się jakiś serwis, pomoże przypadkowy kierowca. Otóż, odpowiedź może wydać się zaskakująca … najlepszy przyjaciel.

Przed wyjazdem trzeba bardzo starannie przemyśleć, jakich ludzi chcemy mieć w ekipie. Czy ktoś, z kim się fantastycznie siedzi w barze przy piwie i rozmawia sprawdzi się na trekkingu przez Tybet? Czy kumpel z roku z najwyższą średnią, który na temat elektroniki wie wszystko, będzie równie dobrze służył wiedzą o Ameryce Południowej ?
W codziennym, zabieganym życiu cechy podróżnicze są często zamaskowane. Jednak czasem wystarczy przypomnieć sobie, jak było na szkolnej wyciecze, praktykach, czy szkoleniu organizowanym przez firmę, żeby znać odpowiedź na pytanie, czy towarzysz podróży nie zepsuje nam nie tylko humoru, ale i całego wyjazdu.
Poniżej przedstawiamy kilka wyrazistych typów zachowań, które możemy spotkać w trakcie wspólnych wypraw. Podpowiadamy też, jak skutecznie radzić sobie ze szczególnie irytującymi zachowaniami.

Lider
Organizator ma zazwyczaj ciężkie życie na swojej wymarzonej wyprawie. To osoba, która wszystko zaplanowała i przygotowała, ale przez to pozostali uczestnicy wyprawy uwielbiają zwalać na nią całą odpowiedzialność i wszystkie decyzje. Męczące.

Organizatora zalewa krew, kiedy zamiast zaplanowanej kolacji z daniami regionalnej kuchni, grupa uweźmie się za jedzenie w McDonald’s (”bo tu przynajmniej wiemy, że będzie smakowało tak samo jak w Polsce”).
Grupa ma też tendencję do słuchania lidera jednym uchem, no chyba, że mówi o jedzeniu. Odpowiadanie po kilka razy na jedno pytanie należy do jego podstawowych rozrywek.
Uwaga dla grup: potrafi być despotą, zazwyczaj na szczęście wie dlaczego zmusza ludzi do brnięcia przez bagna przez trzy dni.

Odkrywca
Podróżowanie z odkrywcą ma jedną zasadniczą zaletę - dużo zobaczymy i przeżyjemy. Wprawdzie codzienne wstawanie o 5 rano może okazać się zabójcze dla wszystkich, którzy postanowili odpocząć na wyjeździe, ale jedno trzeba mu przyznać - wschody słońca można obejrzeć tylko wtedy.
Będzie dążył do zaplanowanych przez siebie miejsc z niezmordowaną determinacją, nie zważając na brak jedzenia, stada drapieżnych zwierząt, chłód i to, że po drodze gubi innych.
Najlepiej takiego zabrać, jak chcemy dotrzeć w nietypowe miejsca i zwiedzić kraj od podszewki. Plus przeżyć kilka niezapomnianych przygód, które gwarantuje tylko zejście z utartych ścieżek.
Od grupy marudzącej, że daleko, wysoko, szybko, ucieknie, nawet nie próbując się dostosowywać.

Harcerz
Przydatny zwłaszcza na przygodowych wyprawach. Nie tylko rozpali ognisko, ale i znajdzie zamek znając tylko jego azymut, wypatroszy rybę, sprawnie posłuży się maczetą w dżungli, nastawi złamanie i jeszcze powie nam nazwy wszystkich roślin w okolicy. W razie potrzeby wie, które części kory nadają się do zrobienia makaronu.
Towarzysz niezbędny, jeśli chcemy mieć grupę, na której można polegać w każdych okolicznościach.
Niezbędny również w grupie sierotek.

MacGyver
Typ trochę podobny do harcerza. Możemy się z niego naśmiewać na wyprawie, że zabrał pół zaopatrzenia demobilu, sklepu z nożami i sprzęt wspinaczkowy na kajaki. Skończymy się śmiać w momencie, gdy jego zaopatrzenie, którego pozazdrościłby mu niejeden sklep sportowy, zacznie być przydatne. Bo lina z karabinkami przyda się, gdy kajak wciągnie pod wodę i zaklinuje się w zwalonych drzewach, nóż wielkości samurajskiego miecza przy własnoręcznym ścinaniu kokosów z palmy, a imitacja broni palnej, gdy miejscowym bandom wybitnie spodoba się nasze obozowisko.
Jak jesteśmy w najdalszych zakątkach świata, lepiej trzymać go cały czas przy sobie. Zresztą szanse, że się zgubi, są niewielkie, ale jeśli nawet, to zawsze zbuduje sobie helikopter z zapałek i nas znajdzie.

Egoista
Uwaga: sam siebie nazywa zazwyczaj indywidualistą. Mylące, bo kto nie chce podróżować w towarzystwie wyjątkowej osobowości, tak jest przecież ciekawiej. Na wyjazdach to zazwyczaj oznacza jedno - nie będzie się oglądał na innych, co gorsza, nawet nie podziękuję za przysługę, bo przecież to jest naturalne, że każdy chce coś zrobić dla tak wspaniałej osobowości jak on.
Słowem - koszmar. Przemówić się do takiego nie da, indywidualiści się wszak nie przejmują zdaniem innych. Jedyna możliwość to walczyć z takim całą grupą. Możemy być pewni, że reszta też będzie miała dość takiego, choć efektów niestety nie zawsze można się spodziewać.

“Daleko jeszcze?”
Niczym filmowy Osioł, maruda swoim narzekaniem może doprowadzić do szału nawet świętego, a co dopiero mówić o towarzyszach podróży. I nawet to nie jest tak, że mu się coś nie podoba. On po prostu ma w naturze narzekanie. Tylko kto chce wysłuchiwać na kenijskiej sawannie, że pył brudzi mu ubranie, a siedzenia w jeepie są niewygodne.
Na szczęście za to, w przeciwieństwie do egoisty, zareaguje, jak go poprosimy o ciszę. A że się przy tym obrazi, to już trudno.

Sierotka
Nie raz w czasie podróży nam ręce opadną, gdy usłyszymy kolejne pytanie sierotki, ale za to jest stosunkowo mało szkodliwa. Trzeba tylko wykazać dużo cierpliwości, obrócić jej mapę we właściwym kierunku, nauczyć podstawowych zwrotów w języku kraju, w którym jesteśmy, bo sierotka nie znajdzie sobie odpowiedniego działu w przewodniku. Trzeba będzie jej przez trzy tygodnie pokazywać, jak się rozbija namiot, zanim się sama nauczy (przy czym jak już się nauczy, to dalej rozłoży bezradnie ręce, gdy będzie potrzeba skrócić odciągi, czy rozbić się na ziemi, w której są kamienie). Sierotka będzie cały wyjazd jadła dania w proszku, bo nic innego nie umie przygotować. Zazwyczaj pakuje się niczym dziecko na kolonie.
Zasady postępowania z sierotką są łatwe. Trzeba tylko pamiętać, żeby nigdy, przenigdy nie dawać jej do poprowadzenia grupy nawet prostą drogą i kazać podejmować decyzję.

Francuski piesek
Woda w hotelowym basenie jest zawsze za zimna, jedzenie za ostre, zwierzęta płochliwe, siedzenie w autobusie niewygodne, a w zasadzie to po co ma on targać ten ciężki plecak na tę górę, skoro i tak z niej zejdzie? Najbardziej denerwujące we francuskim piesku jest to, że po powrocie będzie wszystkim się chwalił, gdzie to nie był i jakie przygody go nie spotkały.
Komuś, któremu nic nie pasuje nie dogodzimy w żaden sposób. Nawet w pięciogwiazdkowym hotelu przyczepi się do komfortu i tego, że sala konferencyjna jest za mała.
Najlepsze, co możemy zrobić z francuskim pieskiem, to zgubić go gdzieś po drodze.

Oczywiście jedna osoba może łączyć w sobie cechy kilku typów. I czy może być coś gorszego niż egoista i francuski piesek w jednym, który w dodatku z mapą radzi sobie jak klasyczna sierotka?
Wyprawę pod względem towarzyskim możemy na wstępie uznać za spaloną, jeśli w czteroosobowej grupie mamy odkrywcę, francuskiego pieska, typ “daleko jeszcze?” i sierotkę. Albo harcerza, MacGvyera i dwie sierotki.
Może taka chłodna kalkulacja wydaje się nieco brutalna, ale jeżeli podróż planujemy od kilku miesięcy, jeżeli po raz pierwszy jedziemy do Afryki, jeżeli chcemy coś osiągnąć na wyprawie - jest to jedyna metoda na uniknięcie rozczarowania. Dla wszystkich.

września 24

Turnieje konne, pokazy łucznictwa, warsztaty lepienia w glinie i wypiekane według dawnej receptury podpłomyki - to tylko niektóre atrakcje festynu historycznego w Chwarszczanach

Do niewielkiej, położonej około 30 km od Kostrzyna nad Odrą wioski, zjechali na weekend rycerze z całej Polski i z Niemiec. Zrezygnowali ze zdobyczy cywilizacji, by przenieść się do XIII w., w czasy świetności zakonu templariuszy.

Pokazy i wykłady

W obozie rozstawionym niedaleko XIII-wiecznej kaplicy można było zobaczyć krzyżowców, Saracenów, Łazarzy czy sokolników. Wszyscy nosili się według średniowiecznej mody. - Nasze stroje nie tylko wyglądają jak z tamtej epoki - podkreśla Łukasz Charewicz z Wrocławia, odziany w czarny długi płaszcz z czerwonym krzyżem. - Szyjemy je tak samo jak szyto w średniowieczu, wszystkie są z naturalnych materiałów. Na tym polega zabawa.

Studentka Natalia Gębarska, która przyjechała z warszawskim bractwem Łazarzy, sama uszyła sobie zielony wełniany płaszcz na futrze. Zabawa w rekonstrukcje historyczne wciągnęła ją kilka lat temu. Jest beginką. - Po bitwie opatruję rannych, przygotowuję strawę, dbam o obozowisko - tłumaczy. - W bractwach jest ścisła hierarchia, każdy ma swoją rolę.

Goście festynu nie tylko podziwiali stroje, pojedynki i turnieje. Dr Przemysław Kołosowski wygłosił wykład o dziejach zakonu templariuszy. W kaplicy wystawiono kopię obrazu Wojciecha Kossaka “Bitwa pod Sarbinowem” (250. rocznica tego wydarzenia przypada za tydzień).

Na wszystkich, którzy zgłodnieli, czekały podpłomyki z chwarszczańskim miodem, dzieło pani Kasi ze Szczecina. - Wszystko przygotowuję według średniowiecznego przepisu - zapewniała. - Ciasto składa się tylko z wody, mąki i soli. Na wierzch placka lejemy miód.

Dzieciom najbardziej podobały się chyba warsztaty rzeźbienia w glinie. Maluchy, kręcąc średniowieczną machiną, robiły kubki, dzbanki i doniczki.

Tu żyli templariusze

- Początkowo prowadziliśmy tu tylko badania archeologiczne - mówi dr Przemysław Kołosowski, archeolog, twórca Projektu Chwarszczany, mającego na celu promocję tej miejscowości i odkrywanie jej dziejów. - Kiedyś proboszcz parafii organizował tu minipotyczki na szkolnym boisku. Pomyśleliśmy, że warto by do tej idei powrócić. To dobra promocja dla regionu. Chcemy też przybliżyć ludziom historię chwarszczan, kulturę. Pracujemy nad otwarciem muzeum templariuszy.

Chwarszczany są jednym z niewielu miejsc w Polsce, gdzie zachowały się ślady bytności templariuszy. Pod koniec XIII w. mieściła się tu stolica wschodnioeuropejskiej prowincji zakonu. Rycerze z czerwonymi krzyżami na płaszczach przybyli na te tereny w 1232 r. 75 lat później, na polecenie francuskiego króla Filipa Pięknego, do wszystkich komandorii zapukali urzędnicy. Majątek templariuszy został skonfiskowany, zakon zlikwidowano. Komandorię chwarszczańską przejęli joannici, którzy rezydowali tam do 1540 r. Potem teren przeszedł w ręce świeckie. Powstał tam folwark z gorzelnią.

Od 2004 r. w Chwarszczanach prowadzone są wykopaliska archeologiczne.

września 24

Tradycyjnie na Antypody jeździmy w poszukiwaniu dzikości - tropikalnych lasów, dziewiczych plaż, egzotycznej zwierzyny czy tradycyjnych kultur. Ale również tutaj wyrosły ekskluzywne kurorty, miejsca modne i oblegane przez turystów. Podpowiadamy, gdzie najlepiej lansować się na Antypodach.

Modne miejscówki to oczywiście buzujące energią australijskie metropolie: Sydney i Melbourne. Pierwsze miasto to najlepsza na świecie mikstura wyszukanego stylu z totalnie “wyluzowanym” podejściem do życia. Pływające w zatoce wieloryby pięknie dopełniają poetyckiej całości: szklane wieżowce, fantastyczny gmach Opery, pulsujące po zmroku neony dyskotek i ekskluzywnych klubów, zatłoczone wybrzeże pełne surferów, żeglarzy nurków, siatkarzy…no i pięknych kobiet w bikini.

Bardziej artystyczne Melbourne, to istna mozaika indywidualistycznych dzielnic: hedonistycznej St. Kildy, pełnego bohemy Fitzroy czy szykownej South Yarra. Mieszkańcy stolicy Australii przepadają za baletem, modą i wspaniałym jedzeniem, stąd przybytków elitarnych rozrywek jest tu rzeczywiście mnóstwo, nie licząc kalejdoskopu imprez muzycznych i teatralnych. Kosmopolityczne, awangardowe i kultowe, Melbourne od lat króluje na listach najlepszych do życia miast.

Słynna australijska Rafa Koralowa, czyli podwodny raj krajoznawczy, niewiele ma już wspólnego z filmowymi obrazkami rozbitków i zakochanych par usypiających samotnie w świetle zachodzącego słońca. Oczywiście, Great Barrier Reef, to przede wszystkim nokautujące wysepki z lazurową wodą, w której jednak odbijają się ekskluzywne kurorty - drogie hotele, imponujące jachty i superszybkie skutery.

Któż wreszcie mógłby się oprzeć urokowi i legendzie raju na Ziemi, czyli Nowej Zelandii, o której bermudy pisały już nie raz. Położone na północnej wyspie miasto Auckland znane jest ze światowej klasy restauracji, nadbrzeżnych barów i barwnej kultury Maorysów. Sąsiedztwo tropikalnych lasów i wulkanicznych wysepek dodaje typowemu wakacyjnemu blichtrowi uroku dzikości. Auckland nazywane jest również Miastem Żagli. Największe nowozelandzkie miasto to mekka jachtingu w bogatym wydaniu. Na tych, którzy się jeszcze nie dorobili, czeka wycieczka XIX-wieczna brygantyną. Zamożnych turystów przyciągają modernistyczne dzielnice centrum: Newmarket i Ponsonby, które coraz głośniej domagają się uznania w świecie zbytku i mody. Znajdziemy tutaj luksusowe butiki pełne unikatowych kolekcji, galerie sztuki nowoczesnej, luksusowe czekolaterie, które czekają na grube portfele przybyszów z całego świata.

Tylko godzinę jazdy od Auckland zakosztować można niesamowitej atmosfery nowozelandzkich winnic. Wybrzeże Matakana to, obok malowniczych zatoczek, także eleganckie piwnice pełne wybitnych odmian czerwonego trunku, stylowe kafejki, warsztaty ceramiki i malownicze weekendowe jarmarki. Zdecydowanie bardziej sielskie niż zdeptana nieco Burgundia, bez męczącej amerykańskiej komercji Napa Valley - jednym słowem hedonizm przez duże H.